Chmara komarów

Najpierw była wielka susza, potem obfite opady (w niektórych województwach odnotowano podtopienia), a później gorące, wilgotne, burzowe dni… i nastąpił atak komarów.

Jak ktoś szybko obliczył – komarów jest blisko cztery razy więcej, niż powinno być o tej porze roku, a jednostką miary jest chmara. Czyli – jeśli rok temu była jedna chmara, to obecnie takich chmar mamy aż cztery.

Insekty rozprzestrzeniły się po całym kraju, tu nie ma znaczenia podział Polski na wschodnią i zachodnią, który utrwalił się po ostatnich wyborach. Nie można w żaden sposób twierdzić, że któryś z elektoratów jest bardziej narażony na ukąszenia.

Jedna z chmar zaatakowała Warszawę i najbliższe okolice. Moja rodzina, mieszkająca w Jabłonnie blisko Wisły, od kilku dni nie opuszcza domu, zaryglowała drzwi, okna uszczelniła moskitierami i czeka, kiedy z podwórka zniknie czyhający na ludzi komarorój. Sytuacja przypomina żywcem sceny z filmu „Ptaki” z filmu Hitchcocka. Zięć, który jakoś zdołał przedrzeć się przez atakujące zewsząd żądła i dotarł po pomoc do najbliższego marketu ogrodniczego, dowiedział się, że w sprzedaży nie ma już żadnego środka chemicznego na komary, ale zaproponowano mu zapisanie się na społeczną listę oczekujących na zakup.

Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski na ostatniej sesji został wywołany do tablicy przez niektórych radnych pytaniami, dlaczego miasto nie walczy z komarami za pomocą wielkoobszarowych oprysków. Chemiczne odkomarzanie miasta było stosowane kilka lat temu, ale obecne władze miasta są bardziej ekologiczne i uważają, że takie zabiegi są niebezpieczne dla zwierząt i ludzi, dlatego z nich zrezygnowano.

Chemikalia bardzo niszczą środowisko, są niebezpieczne dla pszczół, motyli, dżdżownic. Opryski są nieskuteczne, bo już po pierwszym deszczu rozpylone substancje się zmywają i nie przynoszą żadnego skutku – twierdzi ratusz.
Prezydenta popierają naukowcy z Zakładu Ekologii Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego, którzy uważają, że chemiczne wybicie wszystkich komarów miałoby m.in. negatywny wpływ na gatunki owadów i zwierząt, które odżywiają się ich larwami.

Tymczasem w ubiegły wtorek, ok. godz. 19.30 w Warszawie tramwajem linii w kierunku Tarchomina jechała pani Jadwiga. Na przystanku przy Lasku Bielańskim przez otwarte drzwi do wnętrza pojazdu wdarły się setki owadów, budząc popłoch wśród pasażerów.

– Nagle wielu podróżnych zaczęło wymachiwać gorączkowo rękoma, inni przemieszczali się nerwowo po pojeździe, szukając miejsca wolnego od krwiożerczych intruzów. Jednak nic z tego, okazało się bowiem, że komary błyskawicznie opanowały cały skład i atakując ofiary uwięzione w pułapce rodem z horroru, podróżowały przez Wisłę na Tarchomin – cytuje panią Jadwigę gazeta „Metro”.

Doniesienia z innych części kraju również utrzymane są w alarmującym tonie. TVN24.pl rozmawiał z burmistrzem Dąbrowy Tarnowskiej, który osobiście stanął na pierwszej linii walki i osobiście rozdaje mieszkańcom preparaty opryskujące. Wydał już na to 70 tys. zł z puli samorządowej,ale chmara wcale się nie zmniejszyła. O większe środki zwrócił się więc do wojewody i MSWiA.

Jak zwykle w takich sytuacja pomagają media. W internecie możemy się dowiedzieć, jak osobiście bronić się przed atakiem komarzych żądeł. Zwolennicy humanitarnych i ekologicznych metod polecają uprawianie w ogródkach lub na balkonach roślin, których podobno te owady nie cierpią. Są to lawenda, komarzyca, bazylia, mirt, pelargonie, mięta i kocimiętka.

Pani Kamila poleca smarowanie się olejkiem goździkowym lub cynamonowym, ostatecznie może być ocet. Stawianie budek lęgowych dla jerzyków i nietoperzy, które są największymi komarożercami – to z kolei recepta pana Władysława.

Ale najlepszy sposób ma pan Józef z Otwocka, który uważa, że należy jeść dużo cebuli i czosnku, „bo wtedy pot inaczej pachnie i komary do nas nie przylatują”.

No i ten ostatni sposób wydaje się najbardziej skuteczny. Poleciłem go całej rodzinie.

RYSZARD MARUT

Ciechanów, 18 czerwca 2019 r.

Reklamy